O rozstaniach

introwertyk

Dużo pisze i mówi się o tym, jak być z kimś, jak pracować nad związkiem, o sztuce kompromisów, wzajemnego dopasowywania się… o walce o wspólne jutro. Niewiele natomiast uwagi poświęca się sytuacji, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że mimo starań nie jesteśmy dla siebie stworzeni. Kiedy coś się wypala, a dalsze bycie ze sobą może przynieść więcej szkody niż pożytku. Zwłaszcza wielu z nas, introwertyków, pyta wtedy ‘co zrobić, żeby nie bolało?’. I jak w ogóle odnaleźć się ponownie w rzeczywistości singla?

Stało się, podjęliście decyzję o rozstaniu. Jedno z Was poczyniło taki krok, lub oboje zgodnie stwierdziliście, że nie ma to już przyszłości. Na tym etapie zazwyczaj przeważającym uczuciem jest ból, tęsknota, smutek, żal. Tak, wciąż możecie za sobą tęsknić, w końcu jedna deklaracja słowna nie sprawia nagle, że stajecie się dla siebie obcymi ludźmi. Niezależnie od sytuacji i powodów rozstania długo jeszcze (lub nawet zawsze) będziecie mieć do siebie sentyment i żywić do siebie wiele ciepłych uczuć. Ważne jest jednak, żebyście podeszli do tego etapu świadomie i dojrzale. Najgorsze, co możecie teraz zrobić, to postawić się po dwóch stronach barykady. Taka wzajemna wrogość nie pomoże żadnemu z Was, a wręcz sprawi, że zaczniecie zastanawiać się co tak naprawdę robiliście ze sobą aż tyle czasu! Niektóre pary wolą odizolować się od siebie, inne pozostają w stałym, przyjacielskim kontakcie. Sami zdecydujecie która opcja jest dla Was najlepsza, najważniejsze jest jednak, by zachować dla siebie życzliwość i szacunek.

Wina? Nie!

Niestety my ludzie mamy taką tendencję, że kiedy coś się wali, lubimy szukać winnych. Możemy więc mieć pokusę oczerniania partnera i zrzucania na niego winy, by poczuć się lepiej z samym sobą. Czy to jednak do czegokolwiek prowadzi i czy na dłuższą metę będzie nam z tym dobrze? O wiele lepszym rozwiązaniem jest pogodzenie się z sytuacją i znalezienie w niej pozytywów.

Jednym z moich ulubionych powiedzeń jest „Wszystko w życiu dzieje się po coś”. I z doświadczenia mogę stwierdzić, że to bardzo pomaga w różnych trudnych chwilach, także tych związanych z rozpadem związku. Wierzę, że ten wspólny czas był potrzebny, że oboje wiele się od siebie nauczyliśmy. Wyciągam wnioski i wiem, że dzięki tej relacji jestem bogatsza, dojrzalsza, gotowa na to, co los szykuje dla mnie w dalszej kolejności. To po prostu musiało się wydarzyć. I jestem za to wdzięczna.

Odczuwanie bólu

Boli? Pewnie że boli! Serce, dusza i ciało. Kiedyś czytałam, że nasz mózg reaguje na rozstanie podobnie jak na odstawienie substancji, od której byliśmy uzależnieni. Jesteśmy więc na odwyku, tylko że nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Mówimy sobie. że jesteśmy silni, że nie powinniśmy się tym tak przejmować. Kiedy złamiemy nogę, pozwalamy sobie na odczuwanie bólu, bo wydaje się on nam naturalny w tej sytuacji. A po rozstaniu? Udajemy że wszystko jest w porządku i nic wielkiego się nie stało. Tymczasem to ma boleć! I cieszmy się, że boli, bo to oznacza, że nie jesteśmy psychopatami i mamy w sobie trochę tej wspaniałej wrażliwości, która czyni z nas ludzi. Co ciekawe, jeśli zaakceptujemy ten stan i damy mu uwagę, paradoksalnie zaczniemy zauważać, że staje się on łatwiejszy do zniesienia.

No i co dalej? Często zadajemy sobie to pytanie, bo wychodząc z relacji, zwłaszcza tej długoterminowej, czujemy się trochę, jakbyśmy zagubili swoją tożsamość. Status związku jest istotny nie tylko pod kątem tego, jak widzą nas inni, ale też tego, jak sami o sobie myślimy. Jednego dnia mówisz ‘mam dziewczynę’, a drugiego ‘jestem singlem’. Brzmi to dość dziwnie i potrzeba trochę czasu by przyzwyczaić się do nowej sytuacji, prawda? Pamiętajmy tylko, że ‘singiel’ nie oznacza ‘gorszy’, a ‘sam’ to nie to samo co ‘samotny’.

Nowa codzienność

Poza samym statusem związku zmienia się także nasza codzienność. Do tej pory była ona wypełniona w dużej mierze przez tą drugą osobę i kiedy myśleliśmy o planach na weekend, automatycznie w głowie pojawiała się kategoria ‘my’. Jeszcze bardziej jest to widoczne, jeśli mieszkaliście ze sobą. Teraz okazuje się nagle że nie ma już ‘my’ i jestem ‘ja’, a znalezienie towarzystwa do wyjścia na kolację czy do kina, czy po prostu na chwilę rozmowy nie jest już tak oczywiste.

Ok, zgoda, nie jest to może najbardziej komfortowa nowa sytuacja w jakiej można się znaleźć. Sztuką jest jednak skupienie się na pozytywach i możliwościach, zamiast rozpamiętywać to co było a czego już nie ma. O jakich pozytywach mówię? Chociażby o tym, że zwykle kończąc relację uczuciową w naszym życiu pojawia się nagle nieco więcej wolnego czasu, który można odpowiednio spożytkować. Możemy wreszcie pomyśleć przede wszystkim o sobie, zająć się tym, co siedziało nam w głowie od dłuższego czasu, czy poszukać nowych okazji do własnego rozwoju. Kiedy patrzę na swoje życie, mam wrażenie, że to właśnie okresy bycia singielką były dla mnie najbardziej owocne jeśli chodzi o próbowanie nowych rzeczy, rozwijanie pasji czy podejmowanie wyzwań.

Pielęgnowanie znajomości

Dobrą praktyką w momencie rozstania jest także otworzenie się na innych ludzi. Nawet jeśli mamy przez chwilę ochotę zamknąć się w pustelniczej dziupli, to zwykle nie wpływa to dobrze na nasze samopoczucie. Mówiąc o tym nie mam oczywiście na myśli wpadania na siłę w nowy związek, by zaleczyć rany i zapomnieć o poprzednim. Chodzi raczej o zadbanie o relacje z przyjaciółmi, a także poznawanie nowych osób. Osobiście wierzę, że nowe znajomości bardzo poszerzają naszą perspektywę, inspirują i pozwalają lepiej radzić sobie z przeciwnościami losu.

Patrzenie na swój zakończony właśnie związek przez pryzmat nieudanego przedsięwzięcia, porażki, czy poczucia zranienia nie przynosi wiele dobrego. Oczywiście dobrze jest pozwolić sobie na odczuwanie negatywnych i trudnych emocji, ale pamiętajmy też, ilu pięknych chwil doświadczyliśmy wspólnie z tą drugą osobą. Takie momenty są bezcenne i z pewnością warte przeżycia. A teraz widocznie nadszedł czas w naszym życiu na coś innego, czego jeszcze nie potrafimy sobie wyobrazić. I wcale nie zakładam, że będzie tylko pięknie… ale na pewno będzie ciekawie 🙂 Trzymajcie się ciepło!

See also

1 Comment

  1. Jestem introwertykiem. I to chyba skrajnym. Mam żonę, a właściwie wydawało mi się że mam. Jest ekstrawertyczką. I to chyba skrajną. Po 15 latach związku (i dwójce dzieci), kobieta, którą kocham oznajmiła mi że odchodzi. I odeszła. Wynajęła mieszkanie w pobliżu, żeby dzieci miały blisko do mamy i taty. Jeszcze nie rozwiedliśmy się, ale liczę się z tym że w bliższej przyszłości to nastąpi.
    Trudno opisać słowami ból, jaki czuję. Ja, który wszystko przeżywam wewnątrz siebie, zostałem nagle osamotniony w sposób, który jest nie tyle wymierzeniem siarczystego policzka, co uderzeniem bokserskim z siłą Mika Tysona. Dowiedziałem się, że:
    – ona od lat nic do mnie nie czuje
    – wszystkie sytuacje w jej mniemaniu pozytywne (wspólne wakacje z dziećmi, wspólne spędzony czas na spacerach, w kinie, wspólne rozmowy, zabawa z dziećmi, itd. na przestrzeni tych 15 lat) są tylko chwilowym wypoziomowaniem krzywej na wykresie, która nieustannie leci w dół. Ta krzywa to uczucie i miłość
    – jestem dla niej kolegą i tak mnie postrzega; jestem fajny. I tyle, nie kocha mnie, nie czuje do mnie miłości, nie jestem partnerem życiowym. Jestem fajnym kolegą.
    – mówi, że ona chce dać siebie światu, że ma trylion pomysłów na sekundę, chce żyć i rzucać się w wir towarzyski, spotkania z przyjaciółmi, kawiarnie, ekspresja z siłą wodospadu, udzielać się społecznie, itd.
    – uważa, że jej przyjaciele mnie nie zaakceptują, ani ja ich – bo są tacy jak ona (chociaż nie miałem sposobności tego sprawdzić bo mnie nie zaprosiła na takie spotkanie z jej znajomymi)
    – ja chcę (chciałem z nią…) normalnej rodzinki, wspólnego siadania do stołu, wychodzenia na spacery razem z dziećmi (lub bez dzieci jak jest okazja) i codziennego życia. Nie jestem taki hurra! i do przodu! Ale przede wszystkim jestem stały w uczuciach. Raz pokochanej osoby nie da się „odkochać”. Uważam, że jak coś się zepsuje, to należy to naprawiać, a nie wyrzucać i wymieniać na nowe. Tacy też są moi rodzice, oni są wzorem dla mnie, wzorem uczucia i kochania się.
    – złamała mi serce. Może facet w typie ekstrawertyka inaczej by to przechodził i odczuwał, może machnąłby ręką. Ja tak nie umiem
    – to jest 15 lat, nie 1,5 roku. Może jakby po 1,5 roku tak zrobiła, może byłoby inaczej bo sprawa byłaby świeża
    – powiedziała, że gdyby nie dzieci to już daaawno temu byśmy się rozstali
    – związek ze mną był ucieczką z rodzinnego domu, gdzie była trzymana ciągle pod kloszem
    – przyznała, że nie powinna wychodzić za mąż w takim stanie psychiczny, w jakim była, stłamszona przez rodziców (i nagle pojawiłem się w jej życiu, zaiskrzyło, po 2 latach chodzenia ze sobą ślub)
    – oczywiście że były złe momenty, jak w każdym małżeństwie. Ciche dni, itd. Ale wg mnie to nie przekreśla wspólnego życia
    – nie piję, nie biję, nie mam nałogów, nie jestem hazardzistą. Dbam o dzieci i się nimi zajmuję, ugotuję i upiorę. Ojciec. Ona też jest dobrą matką. Chcemy jak najlepiej dla nich.
    – jedno na co dzieci narzekają, to że mama ustawicznie siedzi na Fejsie. W każdej wolnej sekundzie. Tak jest od kilku lat.
    – kiedyś mi powiedziała, że ucieka ode mnie w przestrzeń swoich fesjbukowych znajomych, bo nie ma ze mną o czym rozmawiać. Powiedziała, że jak dzieci kiedyś wyjdą z domu rodzinnego to zostaniemy sami, a każde w swoim pokoju zajęty swoimi sprawami, i ona tego nie chce.

    Kiedyś myślałem, że razem się uzupełniamy – ja spokojny, ona żywioł. Ja twardo stąpający po ziemi i czasem chłodzący jej zapały, obiektywnie rozpatrujący jej pomysły. Ona potrafiąca wymyśleć coś z niczego, spontaniczne wypady rodzinne tu i tam. Motor napędowy.

    Według niej przez te 15 lat to była iluzja, nie związek. Wg niej te 15 lat minęło jakby to było 2 lata…

    I czuję, że żyłem przez 15 lat w oszustwie, czuję się porzucony jak kulawy pies. Dobrze, że są dzieci, moja ostoja (jej zresztą przecież też). Ale wewnętrznie cierpię.

    Pozdrawiam
    P

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *