Introwertyk vs. perfekcjonizm – czyli jak ruszyć z miejsca

introwertyk

Pamiętam że będąc dzieckiem wyobrażałam sobie dorosłość jako bycie człowiekiem idealnym. Postępującym nienagannie, zawsze przygotowanym, nie podejmującym niepotrzebnego ryzyka, wolnym od błędów, racjonalnym, odpowiedzialnym. Ah, jak bardzo ta dziecięca teoria została zweryfikowana przez czas! A właściwie powinnam powiedzieć obalona, powalona na łopatki, zmieszana z błotem a potem jeszcze przydeptana, na wypadek gdyby ktoś chciał kiedyś pomóc jej wstać. Bo rzeczywistość okazała się dokładnie odwrotna, a moja wizja dorosłego życia wyewoluowała od człowieka idealnego do kogoś popełniającego mnóstwo błędów, ale wciąż mającego w sobie na tyle odwagi i zrozumienia dla samego siebie, by dalej iść do przodu.

Kim właściwie jest człowiek dorosły? Wchodzić w oficjalne definicje i liczenie kartek z kalendarza nie będę, ale za to podzielę się z Wami tym, co oznacza to dla mnie. Otóż człowiek dorosły potrafi o siebie zadbać. Zna swoje potrzeby, umie zapewnić sobie mieszkanie, jedzenie, ciuchy i wszystko to co jest mu do życia potrzebne, nie zapominając o potrzebach emocjonalnych. A jeśli nawet nie do końca mu to wychodzi, to przynajmniej próbuje. Idzie wciąż do przodu, a po ewentualnym upadku wstaje, otrzepuje się i idzie dalej, zamiast płakać w piaskownicy czekając na to aż ktoś zwróci na niego uwagę. Bierze odpowiedzialność za swoje życie i swoje postępowanie, zauważa innych ludzi i na nich nie pasożytuje. Inaczej mówiąc, pojęcie inteligencji emocjonalnej nie jest mu zupełnie obce.

W powyższej definicji dużo jest aktywności i starań. Nie znajdziemy w niej za to perfekcjonizmu, który jak sobie zaraz wyjaśnimy, jest bezpośrednim wrogiem działania. Natomiast tak się składa, że w nas introwertykach kryje się zwykle bardzo silna tendencja w kierunku bycia idealnym, nieskazitelnym, najlepszym. Wynika to zwykle z głęboko rozwiniętej zdolności do autorefleksji i szybkiego zauważania tego, co jeszcze moglibyśmy w sobie poprawić. Wielu z nas ma również niskie poczucie własnej wartości, co dodatkowo potęguje ciągłą potrzebę bycia lepszym, bo porównując się z innymi we własnych oczach wypadamy najczęściej kiepsko. Dlatego zanim cokolwiek zrobimy, chcemy upewnić się, że się do tego nadajemy, że odrobiliśmy pracę domową i że zadbaliśmy o każdy szczegół. Czekamy na dobry moment, na to aż poprawimy wszystkie niedociągnięcia, aż wyeliminujemy ryzyko porażki, aż będziemy najlepsi.

Postawa ekstrawertyka

Tymczasem… co w tym czasie robi typowy ekstrawertyk? Działa! Próbuje, mimo tego że nie zawsze czuje się na to gotowy. Bo tak naprawdę moment pełnej gotowości zazwyczaj nigdy nie nadchodzi. Ekstrawertycy są statystycznie bardziej pewni siebie, proaktywni, widzą wartość w tym co robią, mimo tego że być może inni robią to lepiej. Rozumieją, że w życiu nie chodzi o to, żeby być w czymś najlepszym, ale o to, żeby być wystarczająco dobrym. A do tego potrzeba zwykle znacznie mniej, niż nam się wydaje. Najczęściej kluczem do sukcesu jest… pierwszy krok. I błędy. Dużo błędów, najlepiej cała masa, bo nie od dziś wiadomo że to właśnie na nich uczymy się najwięcej. Myśląc o perfekcyjnym działaniu zrobimy niewiele, za to posuwając się nieporadnie do przodu z każdym ruchem będziemy nabierać wprawy i doświadczenia. Osobiście bardzo ubolewam nad tym, że do każdej historii sukcesu którą oglądamy w mediach nie jest dołączana ulotka z listą efektów niepożądanych które pojawiły się po drodze. Widzimy tylko efekt końcowy, a zapominamy, że za każdą piękną historią stoi mnóstwo trudów i wyrzeczeń.

I nie, nie chcę tutaj generalizować, mówiąc że wszyscy introwertycy są kiepskimi w działaniu perfekcjonistami, a osoby bardziej ekstrawertyczne są skazane na sukces. Ani że perfekcjonizm jest do szpiku kości zły i nie da się w nim doszukać pozytywnych aspektów (bo temu przeczą chociażby miejsca pracy szukające ludzi zorientowanych na szczegóły). Ani że od teraz mamy działać na oślep i robić nieprzemyślane rzeczy. Odwołuję się natomiast do sytuacji, kiedy czujemy, że utknęliśmy w miejscu. Kiedy siedząc na kanapie zastanawiamy się jak to się dzieje, że ludzie wokół robią tyle interesujących rzeczy, a nasza codzienność od lat wygląda dokładnie tak samo nieciekawie. I że nie wiemy co dalej zrobić, w którym kierunku iść i w czym szukać motywacji do działania. Otóż w przeważającej części przypadków odpowiedź na to pytanie jest prosta, ale nie taka jakiej byśmy oczekiwali. Brzmi ona: wstań z kanapy. Zrób cokolwiek. Nie musisz wiedzieć jaki jest Twój cel końcowy, ale pierwszy krok zaprowadzi Cię do kolejnego, a ten jeszcze do kolejnego i istnieje spora szansa że gdzieś jednak dotrzesz.

Skąd czerpać motywację?

Jeśli jako introwertyk masz problem ze znalezieniem energii i chęci do zrobienia czegoś, musisz wiedzieć jedną rzecz: motywacja w praktyce najczęściej wynika z działania, a nie odwrotnie. Każda akcja pociąga za sobą kolejną, z czasem znajdujemy coraz więcej sił i inspiracji, stajemy się pewniejsi siebie. My introwertycy rzadko idziemy do przodu jeśli nie mamy w ręku dokładnej mapy. Lubimy wiedzieć co będzie jutro, mieć wszystko zaplanowane, być na wszystko przygotowanym. Natomiast rzeczywistość tak nie wygląda, a oczekiwanie że jednak taka będzie (bo chcę!) jest daleka od dojrzałości. Chyba wszyscy mieliśmy doskonały przykład tego w ostatnim czasie pandemii, kiedy nagle okazało się że nasze dotychczasowe plany mają niewielkie znacznie. (Więcej o oswajaniu nieznanego tutaj: http://introwertycznie.pl/sila-tkwi-w-zaufaniu-czyli-oswajamy-nieznane/). Mając świadomość powyższego dobrze jest czasem znaleźć w sobie odwagę na nieco bardziej spontaniczne działanie. Zwłaszcza że osoby lubiące spędzać czas w samotności znacznie bardziej preferują motywację wewnętrzną, w związku z czym podpowiedzi i zachęty ze strony innych osób mogą okazać się mało skuteczne.

Dystans do wszystkiego co robisz

Sama wielokrotnie przekonałam się, że mój własny perfekcjonizm nie tylko niewiele wnosił do jakości mojego życia, ale wręcz znacznie je utrudniał. Podam tu chociażby przykład pisania artykułów na bloga, które do niedawna szło mi bardzo opornie. Pomimo wielu pomysłów w głowie, na napisanie krótkiego artykułu poświęcałam zazwyczaj wiele godzin, poprawiając go wielokrotnie i upewniając się czy na pewno wszystko co w nim zawarłam jest w 100% poprawne. Albo że to, co napisałam dziś, jutro wciąż będzie dla mnie aktualne i nie będę musiała się za to wstydzić. Dopiero kiedy zrozumiałam, że takiej gwarancji nie będę miała nigdy i że wszystko się z czasem dezaktualizuje, nauczyłam się podchodzić do tego z większym dystansem. Wiem już, że mam prawo pisać to co wiem z mojego dzisiejszego poziomu świadomości, mimo że wiele osób ma większą ode mnie wiedzę na ten temat i że niektóre rzeczy mogłabym zrobić lepiej. Wiem że pewnie nie ma tematu na który ktoś już wcześniej nie napisał i że nigdy nie będę całkowicie oryginalna. Wiem również, że wśród czytelników znajdzie się dużo osób które się ze mną nie zgodzą i to też jest ok! Niemniej jednak wciąż postanawiam pisać, bo wierzę że znajdzie się grono odbiorców, dla których będzie to miało wartość. A poza tym lubię to robić.

Determinacja w działaniu

Ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że taka postawa nie sprzyja pracy nad sobą, samodoskonaleniu, uniemożliwia stworzenie rzeczy najwyższej jakości. Ja zapytałabym natomiast, czy samodoskonaleniu sprzyja czekanie na idealny moment i zaniechanie działania. Gdybym w dalszym ciągu spędzała tak długie godziny na napisanie zaledwie kilku słów, pewnie z czasem zniechęciłabym się tak bardzo, że zupełnie przestałabym to robić. Zamiast tego wciąż tworzę, za każdym razem coś niedoskonałego, ale za każdym razem coś nowego. I dalej się uczę i wyciągam wnioski, mając nadzieję że to co stworzę jutro będzie choć trochę mniej niedoskonałe niż to co stworzyłam wczoraj. I już wiem jak robią to inni blogerzy których strony internetowe osiągają rekordy popularności – oni się po prostu nie poddają. W czasie kiedy inni zamartwiają się, tworząc w głowie kolejny czarny scenariusz, oni piszą kolejny tekst.

Dlatego kiedy następnym razem znów utkniesz w martwym punkcie, zastanów się czy nie uwięził Cię w nim Twój mały, ale podstępny przyjaciel perfekcjonizm. Sztuka nie polega na tym, żeby całe życie spędzić na sali treningowej w pogoni za doskonałością, nigdy nie wychodząc na scenę. Żadna szkoła nie sprawi, że będziemy gotowi na wszystko i pewni siebie w robieniu tego, o czym skrycie marzymy. Prawdziwe życie zaczyna się natomiast wtedy, kiedy mimo wszystko zaczynamy próbować. I w efekcie prędzej czy później sięgamy po to, co dotąd nawet nie mieściło się w granicach naszej perfekcyjnej wyobraźni.

Zobacz także