Jak czuć się dobrze w towarzystwie?

iintrowertyk

W ostatnim czasie wyjątkowo dużo czasu, zwłaszcza jak na introwertyczkę, zdarza mi się spędzać z ludźmi. Noclegi poza domem, udział w różnego rodzaju wydarzeniach, goście w mieszkaniu – wciąż coś się dzieje, a wszystko to w oprawie dalekiej od introwertycznej ciszy, spokoju, samotni (pozdrawiam Karkonosze). Nie ukrywam, że na początku był to dla mnie pewnego rodzaju koszmar i niejednokrotnie zdarzało mi się rozpłakać jak małemu dziecku, myśląc tylko o tym jak bardzo tęsknię za moją bezpieczną przystanią w której nikt mi nie przeszkadza. Nie chciałam rezygnować z aktywności, a jednocześnie nie zawsze byłam w stanie znieść to wszystko, co działo się dookoła mnie. Czasem było tego zwyczajnie za dużo.

Na szczęście jestem uparta i zazwyczaj wszelkie trudności które napotykam na swojej drodze działają na mnie bardziej motywująco, niż zniechęcająco… Przecież udowodnię, sobie i innym, że potrafię i dam radę! Dlatego płakałam spędzając dnie w domu pełnym ludzi, a potem wracałam kolejny raz… i kolejny… Bo czegoś mnie to uczyło, bo czułam że idę do przodu. Codziennie dowiadywałam się o sobie czegoś nowego i mierzyłam się ze swoimi koszmarami poprzez doświadczenia, daleko poza strefą komfortu. I muszę się przyznać do jednego – nie wierzyłam, że mój stopień tolerancji dla ekspozycji na sytuacje społeczne drgnie kiedykolwiek chociażby o milimetr. Aż któregoś dnia znów obudziłam się w mieszkaniu pełnym ludzi i stwierdziłam, że to już wcale nie jest takie straszne. A nawet czasem to lubię!

Zaczęłam wtedy analizować to wszystko, co wpłynęło na taką zmianę… Dlaczego nie myślę już z przerażeniem o spędzeniu kilku kolejnych dni wśród ludzi? Wśród przypadkowych dla mnie osób których nawet zbyt dobrze nie znam? Dlaczego lepiej znoszę to energetycznie? Skoro sytuacja się nie zmieniła, co zmieniło się we mnie? Może to jednak nie inni mnie męczą, ale moje do nich nastawienie? Może do tej pory kierowałam się błędnymi przekonaniami i schematami, na które zużywałam znacznie więcej energii niż wymagała tego sytuacja? Eh… no i znowu trzeba być dorosłym i wziąć odpowiedzialność za samą siebie… 😉

Poniżej podaję kilka elementów, które moim zdaniem miały na to kluczowy wpływ. Być może zainspirują one tych z Was, którzy chcieliby trochę pewniej poczuć się w interakcjach z innymi i nie doprowadzać do nadmiernego wyczerpania towarzystwem. Od razu zaznaczam – to o czym piszę, nie sprawiło że jestem innym człowiekiem, lub że nagle stałam się ekstrawertyczką. Osobowość mam wciąż tą samą, wciąż jestem tym białym krukiem, jak to się zwykło mówić o INFJ 😉 Pozbyłam się natomiast pewnych ograniczeń, co daje mi poczucie większej siły, wolności, elastyczności.

Nadmierne kontrolowanie siebie.

Zdarzały mi się sytuacje, kiedy przebywałam w jednym pomieszczeniu z bardzo spokojnymi, pogodnymi osobami. Panowała cisza, każdy zajmował się swoimi sprawami, miałam wystarczającą przestrzeń fizyczną wokół siebie. A jednak wciąż czułam się znacznie bardziej spięta niż wtedy, kiedy byłam sama. Na dłuższą metę potrafiło mnie to nawet zmęczyć i zmusić do poszukania chwili na osobności. Tymczasem inni potrafili tak spędzać całe dnie, mimo że również nie należeli do grupy typowych ekstrawertyków. Jaka więc była między nami różnica?

Otóż zauważyłam, że ja przebywając z ludźmi przez cały czas byłam bardzo świadoma tego co robię, jak wyglądam, co mówię i w jaki sposób. Chciałam żeby moja osoba była jak najbardziej idealna w oczach innych, niezależnie od tego, kim były te osoby. Trzymałam to wszystko pod kontrolą, jakby bojąc się, że ktoś mógłby zauważyć jakąś daleką od perfekcji część mnie, co mogłoby przełożyć się na negatywną ocenę mojej osoby. Nietrudno chyba zgadnąć, że w ten sposób nie tylko nakładałam na siebie ciągłą presję, ale i nie potrafiłam już skupić się na niczym innym.

A jak w tej samej sytuacji zachowywali się bardziej wprawieni zawodnicy? 😉 Naturalnie, spontanicznie, nieidealnie, mniej więcej tak, jakby zapomnieli o całym świecie wokół nich. Nie wstydzili się swoich niedoskonałości, nie próbowali niczego udawać, czym tak naprawdę nie tylko nie odstraszali od siebie innych, ale wręcz zjednywali sobie ludzi. Przecież większość z nas woli przebywać w towarzystwie autentycznych osób ze słabościami, dziwnymi nawykami i zmiennymi nastrojami – mamy wtedy poczucie, że są oni przyjaźni, ludzcy, tacy sami jak my.

Moja rada brzmi więc – naucz się odpuszczać i pokaż się innym takim jaki jesteś. Bądź sobą, nie udawaj, nie staraj się na siłę wypaść jak najlepiej. Perfekcjonizm po pierwsze nie istnieje, a po drugie jest mocno przereklamowany, sztuczny, nieprzyjazny. Bycie chodzącym ideałem z certyfikatem savoir vivre’u może i sprawdzi się na 2-godzinnej eleganckiej kolacji… Ale na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Ani dla Ciebie, ani dla otoczenia 😉

Co inni o mnie myślą?

To pytanie podświadomie zaprzątało mi głowę przez większość czasu kiedy tylko ktoś pojawiał się w pobliżu. Co inni o mnie myślą? Jaki obraz mnie kreuje się w ich głowach? Może uważają, że robię coś nie tak, ale nie chcą się do tego przyznać? A może to, co powiedziałam nie było adekwatne do sytuacji? A może nie wyraziłam siebie zbyt klarownie i teraz mogę zostać źle zrozumiana? Tego typu wątpliwości krążyły i wciąż jeszcze często krążą w mojej głowie.

Na skutek takiego myślenia dochodziło do paradoksalnych sytuacji, kiedy wypowiadając się, nie potrafiłam skupić się na tym co chciałam przekazać, a obsesyjnie myślałam o tym, jak to jest odbierane przez innych. W efekcie traciłam sens wypowiedzi i jeszcze bardziej nakręcałam się myślą, że inni na pewno widzą moje zakłopotanie. Nie muszę chyba wyjaśniać, jakie były tego skutki i że nie jest to najlepsza strategia działania. Zwłaszcza kiedy wypowiadamy się publicznie :-).

Jakie byłoby idealne rozwiązanie? Ogólnie rzecz biorąc robienie tego co do nas należy i pozostawienie opinii innych w ich własnych głowach. Musimy zrozumieć, że poza nielicznymi wyjątkami nie potrafimy czytać w cudzych myślach i zakładanie, że możemy odgadnąć jakie one są leży gdzieś mniej więcej na granicy arogancji. I tak, wiem, że pokusa robienia tego jest ogromna. Ale chociaż spróbujmy i skupmy się chwilę na swoich przemyśleniach.

Przesadne dbanie o potrzeby innych.

Wielokrotnie przyłapuję się na myślach typu – a może komuś przeszkadzam? Może coś, co robię wpływa negatywne na komfort innych osób? A może druga osoba czegoś potrzebuje, ale nie czuje się wystarczająco pewnie żeby o to poprosić? Takie wątpliwości to chleb powszedni wielu wrażliwych empatów i wiem, że nie jestem jedyną osobą która wpada w taki krąg myślowy będąc w towarzystwie. Brzmi to mniej więcej tak, jakbyśmy chcieli zadbać o potrzeby wszystkich ludzi wokół, swoje zostawiając na samym końcu kolejki. W końcu ja sobie dam radę, prawda?

W rzeczywistości jest to nic innego, jak brak zaufania do innych ludzi, że będą w stanie sami zadbać o swoje potrzeby. Że zapytają kiedy będą czegoś potrzebować, że odezwą się kiedy będzie się im działa krzywda. Dorośli ludzie są sami odpowiedzialni za siebie i potrafią się o siebie troszczyć. Próbując zgadnąć co jest dla nich w danej chwili najlepsze, znowu stawiamy się w pozycji jasnowidza. Jeśli ten rodzaj troszczenia się o innych jest dla Ciebie wyrazem troski, uprzejmości – po prostu zapytaj: Czy jest coś co mogę teraz dla Ciebie zrobić, czy czegoś Ci potrzeba? I ucisz swoje biegnące myśli 😉

Moje potrzeby w towarzystwie.

Niektórym z nas wydaje się, że kiedy przebywamy z innymi ludźmi, to stajemy się niejako częścią grupy, do której należy się dostosować. Że wtedy własne ‘ja’ należy odłożyć na bok i skupić się na kompromisach. A, bo przecież nie wypada robić problemów, bo przecież w grupie nie ma miejsca na realizowanie zachcianek każdej osoby z osobna. I rzeczywiście, nie możemy oczekiwać że inni będą dbali o nasze osobiste potrzeby, ale wciąż możemy (i dla własnego dobra musimy!) robić to sami. I absolutnie nie powinniśmy rezygnować ze swoich indywidualnych pragnień i preferencji.

A kiedy jesteśmy głodni, mamy tylko jedno jabłko, a inni zdrowe nogi i sklep w pobliżu, to wcale nie musimy się naszym owocem dzielić 😉 To przecież bardzo męczące kiedy zakładamy, że w grupie musimy ze wszystkiego rezygnować, a wszystko co uważaliśmy za nasze staje się wspólne. Przy takim założeniu nic dziwnego, że marzymy tylko o tym żeby pobyć wreszcie w samotności, pomyśleć o sobie i robić to, na co faktycznie mamy ochotę.

Kulturowa kurtuazja.

Przykład z jabłkiem przypomniał mi o bardzo ważnym czynniku, jakim są oczekiwania kulturowe w stosunku do naszego zachowania w towarzystwie. Tak się składa, że w Polsce chociażby zwykłe przyjmowanie gości to nie lada wyzwanie, bo oczekuje się od nas, że zaopiekujemy się drugą osobą niemalże tak, jakby była malutkim dzieckiem. Albo co najmniej gościem eleganckiego hotelu. Nasza polska gościnność sugeruje zadbać żeby gościom niczego nie brakowało, żeby nie byli głodni, żeby się nie nudzili i żeby łóżko było odpowiednio miękkie. Wygląda to trochę jak praca na cały etat, a my przecież chcieliśmy tylko być uprzejmi i podzielić się z kimś naszą domową przestrzenią… A gość? Gość ma z założenia nie robić gospodarzowi zbędnego kłopotu. Nigdy nie powie Ci więc że ma ochotę na kawę z ekspresu, wiedząc że zrobienie jej zajmuje więcej niż 30 sekund, mało prawdopodobne jest też że przyzna się co chciałby zjeść na obiad. I jak tu się zrelaksować w takiej sztywnej atmosferze…

Czy jestem przeciwna gościnności, czy innym formom społecznej uprzejmości? Nie, w żadnym wypadku. Ale cenię szczerość ponad kurtuazję i wiem jak bezpośrednia komunikacja ułatwia obcowanie z ludźmi. Dopilnujmy więc, żeby uprzejmość sięgała tylko tak daleko, jak sięga nasza przyjemność z robienia rzeczy dla kogoś. Jeśli w pewnym momencie coś staje się nieznośną koniecznością, to porozmawiajmy o tym z naszymi towarzyszami, ustalmy zasady. Wyjaśnijmy, że mamy dobre intencje i zależy nam na tym, żeby wszyscy czuli się ze sobą dobrze. Że chcemy wzajemnie informować się o swoich potrzebach. Taka rozmowa pozwala często zlikwidować niepotrzebny stres, napięcia i rozluźnia atmosferę. A potem okazuje się, że chcemy wiedzieć się z naszymi znajomymi jeszcze częściej 🙂

Brak zaufania.

Jednego jestem pewna – jeśli spędzamy czas razem z osobami, co do których nie mamy zaufania, to zawsze będzie nas to kosztowało dużo energii. Będziemy czuli potrzebę ciągłego monitorowania sytuacji, zaburzone będzie nasze poczucie bezpieczeństwa, nie będziemy chcieli pokazać naszego prawdziwego ‘ja’. W takiej sytuacji warto zadać sobie pytanie: Czy te osoby zasłużyły sobie na taką nieufność, czy też my sami traktujemy tak domyślnie każdą osobę, której dobrze nie znamy? Jeśli poprawna jest pierwsza opcja – zastanówmy się, czy naprawdę musimy i chcemy spędzać z takimi ludźmi czas. Jeśli chodzi o drugą opcję, warto przeanalizować, czym skutkuje dla nas takie podejście.

Z jednej strony rozumiem zasadę ograniczonego zaufania jako dbania o własne dobro. Z drugiej, należy zastanowić się, czy bardziej nam ta zasada służy, czy przeszkadza. Czy rzeczywiście zwiększamy w ten sposób poziom swojego bezpieczeństwa? A może budujemy jedynie poczucie niepokoju, stres, napięcie i negatywne nastawienie? W końcu nieznajome osoby otaczają nas cały czas i nie da się tego uniknąć. Pamiętajmy też, że zakładając z góry że świat jest nieprzyjazny, a obcy ludzie są naszymi wrogami, niejako projektujemy sobie taką rzeczywistość. A świat na pewno zrobi wszystko, żeby nasze ‘życzenie’ które zaprojektowaliśmy sobie w głowie zostało spełnione 😉

Introwertyku, dbaj o swoją bańkę!

Na sam koniec zostawiłam prawdziwą wisienkę na torcie. Taką ogromną i soczystą, bo moim zdaniem jest to jeden z najważniejszych punktów tego zestawienia, o ile nie najważniejszy. Zastanawiacie się teraz pewnie o jakiej bańce mowa? A pamiętacie może taki komiks o introwertykach… 😉


Obrazek zaczerpnięty z: Guide to Understanding the Introverted by Schroeder Jones

Taka introwertyczna (i nie tylko) bańka jest szczególnie ważna dla osób empatycznych i wrażliwych. Dlaczego? Dlatego że może ona chronić nas przed wszelką energią i emocjami które wyczuwamy w otoczeniu, a które nie należą do nas. Kiedy zaczynamy nagle czuć się dziwnie, nieswojo, kiedy pojawia się w nas napięcie, warto profilaktycznie zadać sobie pytanie: Czy to na pewno moje? A może przejąłem to od kogoś innego, mimo że wcale tego nie chciałem? Bez takiego oddzielenia własnych emocji od emocji innych bardzo łatwo jest zostać przytłoczonym, zwłaszcza kiedy dookoła dużo się dzieje. Dla mnie idea bańki, którą bardzo często sobie w głowie wizualizuję, była przełomem jeśli chodzi o przebywanie w grupach ludzi. Regularnie sprawdzam więc, co się w tej mojej kuli znajduje i czy na pewno wszystko świadomie do niej zaprosiłam. Jeśli nie, stosuję techniki medytacyjne, oddechowe, czy też wizualizacje żeby oczyścić moją osobistą przestrzeń. I do tej pory trudno mi się nadziwić, że to takie proste, a tak dobrze działa… 🙂

Zobacz także

5 komentarzy

  1. Świetny artykuł.
    Już „wyleczyłem” się z tych dziwnych myśli, o których tu piszesz, ale znalazłem coś w tekście co dało mi do myślenia 🙂
    Z kwestii technicznych wg mnie mogłaby być większa czcionka mimo, że posiadam scrolla;)

    1. Dziękuję Robercie za dobre słowo i radę. Cieszę się że znalazłeś w artykule coś dla siebie. Pozdrawiam serdecznie 🙂
      P.S Przeglądasz stronę w pełnej czy mobilnej wersji?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *