Idealne miejsce do życia, czyli wspomnienia z podróży

nowa zelandia

Pisząc ten tekst siedzę właśnie w camperze u stóp Góry Cooka, najwyższego szczytu nowej Zelandii, liczącego sobie dokładnie 3724 m wysokości. Ta lokalizacja nie jest bynajmniej przypadkowa, gdyż to właśnie o tym kraju oraz jego mieszkańcach chciałabym napisać. Moglibyście zapytać teraz, co ten nieco mniejszy od Polski kraj leżący po drugiej stronie globu ma wspólnego z introwertyzmem… Otóż moim zdaniem ma, i to bardzo wiele!

Choć jestem tutaj od niespełna 2 tygodni, zdążyłam już zachwycić się tym miejscem i pozwolić mu się zainspirować. Na najwyższą uwagę zasługują przede wszystkim dwa elementy składające się na moje ogólne wrażenie o tym kraju.

Po pierwsze… mieszkańcy

Ludzi podobnych do nowozelandczyków próżno szukać w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Już na pierwszy rzut oka przebija przez nich spokój, luz, zupełny brak pośpiechu. Kiwi (bo tak się pieszczotliwie nazywa mieszkańców Nowej Zelandii) nie wywierają presji czasowej (ani żadnej innej) zarówno na sobie, jak i na innych osobach. Chcesz prowadzić auto z prędkością równą połowie dozwolonej na tym obszarze? Proszę bardzo, nikt nawet nie pomyśli o tym, żeby zatrąbić czy zasugerować ci przyspieszenie. Potrzebujesz czegoś? No worries, pomożemy!

Zdałam sobie dziś sprawę, że moja introwertyczna dusza czuje się swobodnie i bardzo bezpiecznie w takim właśnie środowisku, które jest zupełnie przecież odmienne od tego, co znamy z naszego własnego, polskiego podwórka. Nowozelandczyk nie zrozumie polskiej skłonności do narzekania, życia w stresie, ciągłej gonitwy, podglądania innych i zazdrości. Pomyślałam sobie, że zwłaszcza jakość życia nas, introwertyków, wzrosłaby diametralnie gdyby takie standardy wprowadzić także na naszym, polskim i europejskim gruncie. Jak widać da się żyć inaczej, a kluczem do tego jest moim zdaniem przede wszystkim świadomość.

Życzliwość

Codziennie uczę się od tych ludzi otwartości i zwykłej, ludzkiej życzliwości. Oni rzeczywiście potrafią uśmiechać się do obcych osób na ulicy, rozmawiają ze sobą, pozdrawiają, zagadują… a robią to przy tym na tyle nienachalnie i z poszanowaniem cudzej prywatności, że nawet tak skrajny introwertyk jak ja nie odbiera tego w żadnym wypadku negatywnie. Wręcz przeciwnie!

Skąd to się bierze? Moim zdaniem z wartości, na których Kiwi budują swoją rzeczywistość i swoje otoczenie. Oni naprawdę wiedzą co jest w życiu ważne i że ludzie, uczucia i wzajemne relacje są wartością nadrzędną. Empatia i praca nad sobą to tematy wszechobecne, widzi i słyszy się je wszędzie, nawet w audycjach radiowych! Czasem myślę, że w otoczeniu takich ludzi jak nowozelandczycy, nawet my introwertycy stalibyśmy się bardziej skłonni do rozmów i nasze baterie wytrzymywałyby dłużej w sytuacjach społecznych 😉

Zaufanie

Kolejne zaskoczenie – ci ludzie naprawdę wierzą w siebie nawzajem i sobie ufają! Normą są tu stragany z owocami, gdzie na kartce napisana jest cena, a zamiast sprzedawcy zobaczycie po prostu puszkę na pieniądze. Mieszkańcy potrafią także dbać o wspólną przestrzeń, rozumieją, że skoro wszyscy z czegoś korzystają, to tylko od nich zależy, czy będzie czysto i przyjemnie. I jest! Jak widać więc, porządek na ulicach nie jest kwestią wysokości mandatów za ich zaśmiecanie, a zwykłej ludzkiej mądrości i świadomości.

Owa mądrość widoczna jest także chociażby w doborze muzyki, która króluje tutaj w radiu i prywatnych odtwarzaczach. Usłyszałam tu już chyba wszystkie moje ulubione piosenki, a na pewno wszystkie te, które kocham za refleksyjne teksty i przekazywane prawdy. Części z nich nie usłyszałam nigdy publicznie w żadnym innym kraju. Przypadek? Nie sądzę.

Jaki morał płynie ze wszystkich tych komplementów skierowanych wobec nowozelandczyków? Nie, nie chodzi mi o to, że jedyną szansą na życie w przyjemnej atmosferze jest dla nas, introwertyków, wyprowadzka na drugi koniec świata. Chodzi mi raczej o to, że to my sami budujemy przestrzeń w której żyjemy. Oni żyją w takim świecie, jaki sam sobie stworzyli i my również możemy. Zainspirowało mnie to do uwierzenia w to, że ludzka natura nie jest w gruncie rzeczy taka zła i wśród ludzi też może być bardzo przyjemnie. Wystarczy tylko zmiana w nas… a najlepiej rozpocząć od samego siebie. Ja w każdym razie zamierzam i dziękuję Kiwi za tę cenną lekcję.

Po drugie… natura

Kraje takie jak ten to istny introwertyczny raj! Aż dziwię się, że nie podchwyciły tego jeszcze przedsiębiorstwa turystyczne w swoich hasłach marketingowych. Powierzchnia Nowej Zelandii to około 85% powierzchni Polski, a żyje tu aż… ośmiokrotnie mniej ludzi niż u nas! Brzmi zachęcająco, prawda?

Co to oznacza? Otóż po pierwsze to, że jest tu bardzo niewiele większych skupisk ludzkich, miast, a nawet te wcale nie wyglądają na przeludnione. Podróżując po Nowej Zelandii przemierza się bezkresne puste przestrzenie, gdzie najczęstszymi towarzyszami są owce, krowy lub ewentualnie konie. Przejeżdża się wiele kilometrów wśród gór, wzgórz, łąk, lasów i jezior, jedynie sporadycznie natrafiając na ślady cywilizacji. Na wielu obszarach kraju nie ma nawet zasięgu komórkowego, co zdaje się nie przeszkadzać nowozelandczykom – w końcu porozmawiać mogą z osobą która jest akurat obok, prawda? Nie wiem jak to brzmi dla Was, ale dla mnie takie warunki to wspaniały odpoczynek od zatłoczonych polskich miast, zakorkowanych ulic i kolejek w supermarketach. I dowód na to, że bez telefonu też da się żyć. Zamiast iPhona ładuję więc introwertyczne baterie i jeszcze wszelkie powerbanki na zapas.

Już jakiś czas temu zdążyłam zauważyć, że wielu z nas, introwertyków, jest bardzo wrażliwymi duszami. A wrażliwość ta często przejawia się w zamiłowaniu do natury, w zachwycie nad pięknem przyrody, w preferowaniu ustronnych, cichych, zielonych miejsc. Tymczasem tutaj niemal każde miejsce wygląda właśnie tak! Pod względem przyrodniczym Nowa Zelandia ma chyba wszystko co można sobie wymarzyć, od pięknych gór, lodowców, przez wulkany, fiordy, plaże, ocean, bujne lasy i krystaliczne jeziora. Jednym słowem – cały świat w miniaturze.

Spokój

Co więcej, są tutaj świetne warunki do podziwiania tego wszystkiego w ciszy i spokoju. Bardziej zatłoczonych miejsc jest naprawdę niewiele a i te nie przypominają w żadnym wypadku naszego Władysławowa czy Zakopanego. Wielu ludzi, w tym ja, zwiedza ten kraj podróżując w samochodzie czy camperze od campingu do campingu. A niektóre z nich położone są naprawdę malowniczo. Jeśli tylko nie przeszkadza Ci brak wygód, prysznica, toalety, lub (tak jak teraz u mnie) chłód i silny wiatr na zewnątrz, przyroda tego kraju stoi przed Tobą otworem. Jeśli będziesz miał szczęście, trafisz na bezpłatny camping, na którym oprócz Ciebie nie będzie nikogo i… niczego 😉

Jak widzicie, są takie miejsca na ziemi, gdzie my introwertycy możemy poczuć się zainspirowani, przytuleni, zadbani, bezpieczni, szczęśliwi, zachwyceni… jest po prostu dobrze, normalnie, przyjaźnie, malowniczo, tak jak powinno być. Zaczynam zastanawiać się, o czym pisałabym mieszkając tutaj… Bo w takim kraju chyba nawet samo pojęcie introwertyzmu przestaje mieć znaczenie. Skoro każdy tu może poczuć się dobrze będąc po prostu sobą… Skoro zestresowany Kiwi to gatunek który wyginął zanim jeszcze się pojawił… Jeśli coś działa, po co się nad tym zastanawiać i tworzyć do tego teorię?  I czy jako początkujący coach nie stałabym się tu bezrobotna? Kto wie, może jutro na górskim nowozelandzkim szlaku znajdę odpowiedzi na te i inne pytania… 🙂

Pozdrawiam i zachęcam do podróży i odwiedzenia tego cudownego miejsca na ziemi!